jeden moj kolega powiedzial kiedys, ze ci co postepuja niegodnie, nie sa zli wlasnie z powodu niegodnych swoich uczynkow.
najgorsze jest to, ze morduja dobro w innych ludziach i zabijaja
i wiare i nadzieje.
i jest w tym cos, bo po kazdym zderzeniu ze zlem ja osobiscie reaguje wycofaniem sie o mile swietlne wglab wlasnej egzystencji, utrata ochoty na jakiekolwiek interakcje z innymi przedstawicielami mojego gatunku, dziwaczeje, rozpoczynam glebokie retrospekcje, analizy wlasnych uczynkow, wyrastaja mi kolce i rogowy naskorek na grzbiecie, lapie depresje i staje sie sakrastyczna.
ogolnie staje sie zajebiscie nieciekawa postacia.
i mija mnostwo czasu zanim zrogowacenia ustapia, tabletki na depresje zrobia robote, a z analizy wewnetrznej wynikna wnioski, iz zawsze bylam glupia i naiwna i taka zapewne umre.
co jednakowoz nie robi mi dobzre na samoocene.
i dochodze do wniosku, po raz setny i tysieczny ze:
-kazdy dobry uczynek musi byc pzrykladnie ukarany
-ci, ktorzy nas wykorzystuja, nie mysla o nas ze jestesmy dobrzy
i szlachetni, a raczej durni - pzrez co zaslugujacy na wyruchanie.
tyle moich pzremyslen na ten niemily, listopadowy, szarobury, zgnily deszczowo-wichurowy poranek